Travellerspoint Blogi z podróży

This blog is published chronologically. Go straight to the most recent post.

Kolumbia

Bogota

Udało się bez przeszkód dolecieć do Bogoty (jedyna przeszkoda, której jeszcze nie doświadczyłem, to było półgodzinne opóźnienie w Paryżu przy wylot. Ktoś po odprawie nie zgłosił się do samolotu, więc musieli wyładować jego bagaż (a swoją drogą ciekawe jak się go szuka w samolocie). Po przylocie chyba po raz pierwszy złamałem swoje zasady i wziąłem z lotniska taksówkę do hotelu (choć znałem sposób dojazdu autobusem), ale podróż była dość długa i pora (chociaż u nich 18:30), to po naszemu koło północy to jednak czułem się zmęczony.

Hotel, choć nie było go łatwo namierzyć, znajduje się w centrum historycznym. Jak dojechałem wieczorem, to na tej ulicy trwał uliczny ""pchli targ", gdzieś obok ktoś śpiewał (mikrofon, wzmacniacze), jakieś tańce. I to nie było dla turystów, ba sami lokalni ludzie i to powiedziałbym, że większość z nich to "oj nie wracał ci on z kina".

I w końcu upragnione łóżko. (hotel Espana - carr 7 23-20)

Rano, po odczekaniu jak zrobi się jakaś 7:00 w miasto na pierwszy rekonesans i jakieś śniadanie.

Pierwsze wrażenie, po porannym przetarciu się,że jest nadzwyczaj bezpiecznie. Nie bylo miejsca z którego nie widział bym policji. Niektórzy uzbrojeni w broń długą, sporo z nich z psami (to do wykrywania narkotyków). Drugie natychmiastowe spostrzeżenie to ludzie śpiących na ulicy (nie tak jak w Indiach, ale jednak).

Jak zawsze pogoda (może opatrzność) lituje się pierwszego dnia i koryguje moje błędy. Wyszedłem sobie na zwiedzanie miasta (ciepło, choć bez szaleństw - jakieś 17 stopni i pochmurno). Ale koło południa (na szczęście nie dłużej niż na godz.) pojawiło się słońce. I dopiero teraz na własnej skórze poczułem, że równik niedaleko (a słońce jak żelazko) i że Bogota leży na 2640m nad poziomem morza (to przypomniałem sobie wieczorem, patrząc w lusterko - jakiś czerwonoskóry, choć i tak wydawało mi się, że ani razu nie wyszedłem z cienia - tyle co przejść ulicę). Oczywiście zapomniałem o filtrach przeciwsłonecznych i czapeczce.

Pierwsze kroki jak zawsze na główny plac, Plaza de Bolivar. (nie Plaza de Armas, jak w większości miast). Plac też jest inny bo pusty, tzn cały wybetonowany. Przy placu, jak zwykle katedra plaza Bolivar

plaza Bolivar

.
Nie ma tu cienia, ławeczek, tłumów miejscowych i sprzedawców - czyli typowego życia, choć oczywiście coś się dzieje. Natrafiłem na happening grupy Chińczyków (podkreślenie tradycji i mocy starego pisma ręcznego, a raczej pędzelkowego). happing Chińczyków na placu Boliwar

happing Chińczyków na placu Boliwar


Od jednego boku placu odchodzi ciąg budowli rządowych, z pałacem prezydenta włącznie. (Może to tłumaczy, dlaczego cały czas widzę tak dużo policji).20171127_111932.jpg

Oczywiści przeszedłem przez kilka kościołów, skwerków i dotarłem do starych uliczek, gdzie domy są nie wyższe niż dwa piętra i widać czasy kolonialne. Dość blisko mnie jest najstarszy (z 17 w.) kościół w Bogocie Iglesia de San Francisco , bardzo ozdobny i z przezłoconym wnętrzem i ołtarzem (co akurat w nie przystaje do postaci św. Franciszka).
W sumie nachodziłem się nieźle (oj, odzwyczaił się człowiek od chodzenia) i z przyjemnością klapnąłem w jakieś knajpce. Nie wiem, czy to tylko tam, ale porcja dania jakie mi przynieśli starczyła by na trzy osoby (zostawiłem 2/3, choć było niezłe).

Wieczorem odkryłem że w mojej najbliższej okolicy jest dzielnica "kulturalna" uczelnie, centrum kulturalne, biblioteka narodowa i za rogiem multikino.

Wysłane przez a.gogolewski 04:49 Kategoria Kolumbia Komentarze (0)

Odkrywanie Bogoty

Kolejne dni upływają na zapoznawaniu się z miastem. Najbliższa okolica: Biblioteka Narodowa, kino (w ramach nauki języka obejrzałem po hiszpańsku), uczelnia, museum Bolivara,
Drugiego dnia sporo czasu spędziłem w muzeum złota (Museuo del Oro)
20171129_zl3.jpg .90_20171129_zl2.jpg
Są tu nie tylko złote przedmioty, ale także i odkryta ceramika i inne przedmioty z okresu przed kolonialnego. I tu wracam do tablicy chronologicznej. Najstarsza ceramika znaleziona w Kolumbii pochodzi z 4000 roku DC (i jest najstarsza z całej ameryki południowej). A w tym czasie w Europie znaleziono ślady kultury (malowidła) Vinca w Rumunii (czy ktoś o tym coś słyszał?), chociaż znacznie wcześniej były malowidła w jaskini w Lascaux (jakieś 15000lat).

Muzeum nie jest wielkie. Na piętrze znajdują się sale z przedmiotami podzielonymi na różne obszary kraju, 90_20171129_fig1.jpg a na piętrze są sale z przedmiotami podzielonymi z uwagi na przeznaczanie. Sala sakralna i sala wierzeń/kosmoligi. W sali sakralnej jest wyjaśnienie sposobu i przyczyn składania ofiar (złote wyroby) do jezior (wybierano okrągłe oczka otoczone górami). Jest tam okrągłe zamknięte pomieszczenie, w którym próbuje się odtworzyć nastrój tamtych czasów. Po wejściu jest ciemno, po pewnym czasie zaczyna się śpiew (taki sam jak tysiące lat temu) towarzyszący ofiarowaniu. Potem widać na środku podświetloną studnię (symbolizującą oczko wodne) a ściany (jest to zostają podświetlone i widać wyłowione z jeziora złote przedmioty ofiarne). Mówi się, że w tych oczkach (pomimo tego, że Hiszpanie wysadzili częśc gór, aby spóścić troche wody) na dnie jeszcze to złoto leży.90_20171129_zl1.jpg

Druga sala poświęcona jest wierzeniom, związanych z nimi symbolami i przedmiotami ukazującymi te symbole/wcielenia. Ciekawi mogą poszukać dlaczego często występuje sowa, nietoperz, jaguar, wąż, itd.

W czwartek byłem w ogrodzie botanicznym. Jak zwykle pozbierałem jakieś nasionka (drzew ze średnich Andów). A pobyt był bardzo przyjemny, bo tego dnia cały dzień było otwarte słońce. Na szczęście zdążyłem się już zaopatrzyć w silniejsze filtry (do twarzy używam teraz 120). Jest trochę ciekawostek: drzewo z Chin, które wydawało się, że już wyginęło (ale w górach odkryto kilka sztuk), wszystkie drzewa i krzewy, które wytwarzają halucynogenne lub trujące substancje, no i oczywiście obszar z ziół leczniczych (czyli same chwasty).

A tak na marginesie. Jak na razie wstęp do wszystkich muzeów, czy ogrodu botanicznego (choć nie są one drogie) mam wolny (seniorzy powyżej 60 roku).

A potem zwiedzanie miasta z okien autobusów i "metra". Piszę "metra" bo jest to system komunikacji przypominający metro, ale w oparciu o naziemne autobusy. Czy są główne linie komunikacyjne, są wydzielone oddzielone drogi dla "metra", a stacje to są zamknięte "wysepki" po środku drogi (choć i sa inne przystanki).20171202_transmilenio.jpg Jak wchodzi się do takiej wysepki (bramki otwierane kartą tullave - przed płacona karta komunikacji) to jest się w systemie metra, tzn. są także punkty łączące różne nitki, na których można zmienić nitkę. I rzeczywiście "metro" jeździ szybko, a autobusy grzęzną w korkach (w dość wąskich ulicach).

Co jeszcze jest charakterystyczne, to bardzo duża ilość księgarni (i to zarówno z nowymi książkami jak i używanymi) i wyłożonych książek na ulicy (uliczni sprzedawcy)

Wysłane przez a.gogolewski 06:22 Kategoria Kolumbia Komentarze (0)

Uroki Bogoty

O ile zazwyczaj nie lubię dużych miast to tutaj z każdym dniem podoba mi się coraz bardziej:

- jak już wspomniałem pogoda (zwłaszcza jak mam już bardzo silne filtry), a dwa ostatnie dni dołożyły jeszcze chwilowe (około godz.) deszcze, ale takie prawdziwe, że woda zaczyna płynąć ulicami

- miasto jest nadzwyczaj różnorodne; stare uliczki kolonialne, 20171202_bog2.jpg pałacyki, kościoły 20171202_bog3.jpg obok wieżowców i nowoczesnych budynków20171129_bogota.jpg, skwerków, placyków 20171202_bog1.jpg. Są dzielnice normalne; są starsze lekko zapuszczone; są luksusowe dla ludzi zamożnych; a na obrzeżach, to nie jestem pewny ... (bo jak chciałem tam się zapuścić, to wyszła jakaś starsza kobitka i powiedziała mi, że lepiej nie);

- miasto żyje; dużo ludzi, uliczni sprzedawcy, co jakiś czas ktoś gra lub śpiewa20171128_zycieulicy.jpg, kramy i wózki z wyciskanymi sokami, lub termosami z kawą (co oczywiste) ale i tinto aromatica20171202_tinto.jpg (sąto napary z różnych suszonych owoców (jabłka, ginger, winogrona, mięta, i ...). Co krok znajduje się kafejka, albo mała knajpka, normalna restauracja. W porze obiadu (od mniej więcej 11:30 do 15:30) każda knajpka oferuje (i to dosłownie, bo przed niektórymi stoją "zachęcacze") szybkie obiady. Są to zazwyczaj zestawy z 2-3 opcjami wyboru, po stałej cenie (zupa, drugie i coś do picia) 7-12 tys. (czyli 8- 14 zł). No to jak jestesmy przy jedzeniu to trzeba dodać owoce, (nie będe robił przykrości i opisywał smak np. dojrzałego i ociekającego sokiem mango),20171202_owoce.jpg

- miasto jest czyste (choć nie jest to sterylna czystość),

- jest bardzo sprawny system transportu (i dużo wydzielonych pasów dla rowerów). Oprócz "metra" o którym pisałem i normalnych autobusów (ma numer i zatrzymuje się tylko na przystankach) są dwa fajne rozwiązania (może i więcej, tyle wypatrzyłem): (i) autobusiki dowożące do krańcowych stacji metra i (ii) autobusiki, które nie mają numeru, tylko na szybie wypisane miejsca przez które przejeżdżają i zatrzymują się w każdym miejscu na żądanie. Te busiki 20171202_busik.jpg(zresztą różnej wielkości, a raczej małości) to przykład mojego ulubionego tematu: usługa dla człowieka a nie człowiek podporządkowany usłudze. To samo dotyczy czerwonego światła dla pieszych: ma ono znaczenie tylko i wyłącznie informacyjne,

- czytelny system adresowy. Nie ma tu nazw ulic (no może z wyjątkiem kilku głównych arterii). Ulice są do siebie w założeniu prostopadłe (oczywiście nie wszędzie). Wszystkie ulice prostopadłe do zamykających miasto z jednego boku gór nazywają się CALLE (ulica w skrócie CL) ulice prostopadłe do nich nazywają się CARRETER (też ulica w skrócie CR). Wszystkie są numerowane od 1 w górę. I tak adres tworzy się przez podanie przy czym się to coś znajduje i współrzędnych skrzyżowania o mniejszym numerze. I tak np. CR7 # 23 20 oznacza, że budynek jest na carreterze 7 przy skrzyżowaniu z calle 23 w odległości około 20 m (w stronę cl24) od skrzyżowania (a to czy te metry sa parzyste czy nie, mówi także po której stronie ulicy). Tak więc bez problemów trafia sie wszedzie a poza tym od razu wiemy jak jest do tego czegoś daleko (mozna sobie odjąć docelowe współrzedne od naszych i juz widac ile ulic i w jakim kierunku nalezy się przemieścić),

- rodzinna atmosfera w hotelu gdzie jestem. Tak jest zawsze jak sie człowiek nie spieszy i kilka dni tkwi w jednym miejscu. Hotel i restauracje prowadzi jakies 12 osób, jakoś ze soba powiazani (wszyscy pochodzą z Wenezueli) i mieszkający tutaj. Powoli staję się "swoim" człowiekiem, zwłaszcza jak wspólnie oglądaliśmy losowanie grup na Mundial i trafiliśmy z Kolumbia do jednej grupy. Dbają o mnie.

- a wszystko to w zderzeniu z czytanymi przed wyjazdem ostrzezeniami jak może byc niebezpiecznie.

Z miejsc "kulturalnych" byłem wczoraj w Muzeum Narodowym (wstęp wolny dla 60+) i w planetarium (wstęp ze znizka dla 62+, tez sie łapię). Muzeum Narodowo urządzone zostało w budynku dawnego (19w.) więzienia. Można w szybki sposób poznać najnowsze dzieje Kolumbii, zwłaszcza czasy ogłoszenia niepodległości Wielkiej Grenady.

Wczoraj pożegnałem się z Bogotą wjazdem na Monserrate. Jest to jedna z dwóch wysokich górek zamykających Bogotę od wschodu i ma wysokość 3200mnpm. Pierwotny plan był wejść na piechotę, co robi sporo osób. Ale jak podjechałem do początku podejścia i akurat zniknęły mi chmury i wyszło palące słoneczko, to jednak podreptałem do kas kolejki linowej (są do wyboru dwa środki transportu: na/z góry: kolejka linowa 20171203_kolejka.jpg i kolejka szynowa), a tam znowu czekał na mnie niespodzianka: podwójna zniżka za niedziele i 62+. Na górę kolejką linową. Na szczecie była słoneczna pogoda, to widok na Bogotę jest ładny i mogłem zidentyfikować już sporo punktów, large_20171203_bogzmons.jpgzwłaszcza że dzielnice które najbardziej penetrowałem leżą blisko Monserrate. Jest tam kościół,(a właściwie opactwo), w którym odprawiają się normalne masze, chociaż jak patrzy się na całą zatłoczoną uliczkę straganów, 20171203_monserate_odpust.jpgto wątpię, aby ktoś był na całej mszy. Na szczycie na wszelki wypadek ustawił się także Czerwony Krzyż, aby sprawdzić ciśnienie niektórym, którzy wczłapali się na górę 20171203_monseratecisn.jpg. Na dół kolejką szynową, przejście przez dawny dom Bolivara, a potem ostatni rzut okiem na miejsca które mi się podobały (la Candeleria, Unsaquen). Gdy wracałem do domu na całej mojej uliczce pchli targ, znowu głośno i śpiewająco.

Wysłane przez a.gogolewski 15:25 Kategoria Kolumbia Komentarze (0)

San Agustin

Park Archeologiczny

sunny 23 °C

Rano (poniedziałek) ruszyłem w drogę na południe. Mam dojechać do San Agustin i były nawet bezpośrednie autobusy z Bogoty, ale tylko nocne, tak więc traci się okazję popatrzenia na okolice. Kupuję więc bilet do Neivy (jakieś 320 km + przejazd przez Bogotę). Autokar bardzo wygodny, fotele lotnicze, ekrany i słuchawki (tak więc nie ma puszczonej głośnej muzyki). Zjazd z Bogoty (Andy - Koldyliera Wschodnia) do doliny rzeki Magdaleny. Po obu stronach drogi, bliżej lub dalej cały czas ciągną się góry. Po 6 godz. wysiadka i szok termiczny. Nie wiem ile było stopni, grubo ponad 30 + słońce. Jak dotarłem do hotelu, to żadna zimna kąpiel nie pomagała. Po 5 minutach znowu jestem mokry. Od razu skasowałem następny punkt na planowanej trasie (miasto Riviera ze swoimi termicznymi kąpieliskami). Po Bogocie, gdzie spałem pod dwoma kocami, tutaj trzeba będzie włączyć klimatyzację (lub chociażby wiatrak). Dopiero koło 17 dało się wyjść z pokoju z klimatyzacji i rzucić okiem na miasto. No szału nie ma. (hotel Trebol call 5 #1 i - 03)

Rano (wtorek) znowu w drogę. Do przejechania jest około 220 km, ale droga zajęła ponad 6 godz.. Z Neivy autobus (znacznie mniejszy autobusik niż z Bogoty i nogi się nie mieszczą między siedzeniami) do Pitalito. Trasa rzeczywiście robi się piękna. Cały czas kręci się po górach i biegnie wzdłuż rzeki (i zalewu) Magdalena. Droga jest znacznie węższa, po jednym pasie ruchu w każdą stronę, chociaż i tak jest płatna (jak popatrzyłem na opłaty na bramkach i cenę paliwa, to jazda samochodem jest dość droga). Jak w jednym miejscu rozkraczyła się ciężarówka i puszczo ruch naprzemiennie, to na tym jednym kawałku straciliśmy godz. Na tej trasie wychodziła wyższość małego busika, który dość brawurowo śmigał po tak krętej drodze. W Pitalito kierowca busika (wiedział jak przed odjazdem wypytywałem się o San Agustin) sam przerzucił mój bagaż do następnego "połączenia" 20171206_transport.jpg., taki samochód z dobudowaną budką z tyłu.

A w San Agustin (który leży na jakiś 1700mnpm) powitała mnie ponownie przyjemna pogoda. 22 stopni, słoneczko. Znowu można było spać przy otwartym oknie, pod kocami (w nocy jakieś 10st). Rano przywitały mnie pienia kogutów (piękne odgłosy). W hostelu gdzie się zatrzymałem jestem sam (no wieczorem zjawia się właściciel, aby trochę pogadać). Jesteśmy w części And zwanej Macizo Colombiano, najwyżej położonej doliny rzeki Magdalena, pomiędzy Koldylierami Centralnymi i Wschodnimi. Tutaj są źródła pięciu duzych rzek (w tym rio Magdalena, najwiekszej rzeki w Kolumbii), które uchodzą zarówno do Pacyfiku, jak i do Morza Karaibskiego jak i do Amazonki.
(hostal San Augustin call 5 # 13 5)

Rano spacerek, jakieś 3 km. (można podjechać lokalnym busikiem) do parku archeologicznego. To miejsce jest cmentarzem z okresu przed konkwisty (200-800 AC), stosunkowo niedawno (1995r), uznanym przez UNESCO miejscem dziedzictwa ludzkości. Odkopano niektóre groby20171206_grob1.jpg i znaleziono posągi, strażników grobu (można powiedzieć, że rodzaj naszych nagrobków). Jak mówią przewodnicy, są trzy rodzaje posągów: strażnicy grobów, figury nagrobne i kolumny. 20171206_fig_nag_muz.jpg20171206_fig_w_muze.jpg
20171206_strgrob1.jpg20171206_strgrob3.jpg20171206_fignag1.jpg20171206_fignag3.jpg20171206_firnag2.jpgDo końca nie jest wiadome, dlaczego tak dużo z nich ma zwierzęce cechy: pazury, okrągłe oczy i kły (są także posągi przedstawiające jaszczurki, węże, żaby). Znaleziono kamienne trumny, fragmenty ceramiki, drobnych przedmiotów, ale nie odnaleziono śladów kości. Tutejszy warunki pogodowe nie dają szansy na przechowanie substancji organicznej (a pamiętam cmentarzysko w Nasca, gdzie są mumie ze skórą i włosami, ale tam praktycznie 0 deszczu). Zresztą te posągi, które są zrobione z dość miękkiej skały wulkanicznej bardzo szybko się niszczą (choć i tak często przechodzą zabiegi renowacyjne).
Jednym z ważniejszych miejsc jest La Fuente de Lavapatas, Jest to wyrzeźbiony w skale, na pochyłości rzeki system kanalików (którymi płynie woda), które tworzyły (tworzą?, bo mnie trudno dostrzec, dlatego załączam tablicę) rysunki jaszczurki, węża i ludzi, symbole.
20171206_fuenteopis.jpglarge_20171206_fuente.jpg

I jeszcze refleksja osobista. Jedna z map w muzeum przedstawiała szlak pieszy przez Andy (od Mendozy w Chile do San Agustin w Kolumbi; Cuzco po środku). Pierwsza reakcja: to tylko głupi porwałby się na przejście takiego szlaku, ale po chwili uświadamiam sobie, że jest to odtworzony szlak Inków (zakonserwowany przez Hiszpanów), po którym stale biegali chasqui (gońcy którzy przenosili informację i lekkie ładunki). Są obliczenia, które pokazują, że mogli oni przebiec 240 km dziennie!! (a trzeba jeszcze pamiętać, że to są miejscami wąskie ścieżki i w większości wysoko w górach).

Wysłane przez a.gogolewski 16:37 Kategoria Kolumbia Komentarze (0)

San Agustin

okolice

W czwartek (7.12) wykupiłem sobie wycieczkę jeepem po okolicznych atrakcjach, kilku innych wykopalisk w okolicy, wodospadów oraz przewężenia rzeki Magdaleny. Dojazd do większości tych miejsc odbywał się po drogach "naturalnych", czyli glina, kamienie i dziury. Przez większość część trasy jazda powyżej 20 km/godz. byłaby szaleństwem i dlatego troche to trwało, jak ruszyliśmy o 9, to wróciliśmy po 18.
Najpierw wodospad Salto del Morino (170 m wysokości) 20171207_saltomorina1.jpg potem park archeologiczny Alto de Los Idolos, tak jak wszystkie tutejsze wykopaliska, odkopane groby wraz z figurami strażników. 20171207_straznikgrobu.jpg. W tym miejscu, drugim co do wielkośći (po San AGustin) jest odkopanych około 23 figur (ale nie będę zamęczał zdjęciami). Potem znowu dość karkołomnymi drogami do wodospadu Salto de Bordones. Ten ma już około 400 m wysokości large_20171207_saltodebordones.jpg. W tym miejscu podeszła do nas dwójka dzieci (pewnie rodzeństwo) i dośc nieśmiało wyrecytowała dane o wodospadzie, rzecze i okolicy. 20171207_mali_przewodnicy.jpg. Widać ich na zdjęciu jak z radością dyskutują ze soba na co przeznaczyc otrzymane od grupy pieniążki. (A ta wstawka jest dla wszystkich małych, aby wiedzieli, że na świecie pracuje się od małego).
Innych parków archeologicznych nie będe opisywał. Oczywiście różnią się między sobą, ale ponieważ wszystkie dotyczą miejsc pochówku, z tego samego mniej więcej okresu, więc groby i figury (choć każda inna) są do siebie dość podobne, no może z wyjątkiem tego krokodyla. 20171207_krokodyl.jpg
I jeszcze dojechaliśmy do El estrecho, miejsca, gdzie rzeka Magdalena (która ma źródła jakieś 4o km powyżej), musi się wcisnąć między bloki kamienne i zwęża się do 2,2 m szerokości. large_20171207_estrechio.jpg
przewężenie

Po powrocie, widok miasta przypomniał, że 7 grudnia jest święto świec, taki nieoficjalny poczatek okresu przedświątecznego. Wieczorem, wzdłuż krawęzników chodnika ustawiono rządki świec, niektóre w papierowych abazurkach. W niektórych oknach umieszczono oświetlone figurki aniołów lub sznurki swiatełek (to samo zreszta na kościele). Z założenia jest to tradycja katolicka (uhonorowanie niepokalanego poczecia), ale jak się do tego dołoży głośną muzykę (oczywiście salsa i podobne),wystrzały petard, tańce i zabawę, to swięto staję się kolejną okazją do zabawy. Nie przeszedłem nawet 50 m. od swojego hostelu, gdy zostałem wciągnięty do jednej z grup, która rozlokowała się wokół kociołka z grzańcem (grzańca nalewali każdemu kto przechodził) i wystawionymi głośnikami.

Od razu naszły mnie porównania. W zeszłym roku mniej więcej o tej porze byłem też świadkiem święta światła (Divali) w Indiach. Też były świeczki rozstawione wzdłuż ulic, też petardy i też muzyka (chociaż zupełnie inna). Inna kultura, inne wierzenia, ta sama manifestracja (no tam oczywiście bez alkoholu).

W piątek zacząłem używać nóg i wybrałem sie na wędrówkę polnymi drogami (ale oczywiście oznakowanymi) do odkrytych kamiennych rzeźb i ładnych punktów widokowych. Jedną z nich to Chaquira,20171208_chaqira.jpg rzeźba kobiety, która nie jest żadnym nagrobkiem, tak się po prostu ktoś rozpędził.

Dużo nie przeszedłem, może wszytkiego jakieś 13 km, ale zejścia i podejścia + słońce sporo mnie wymęczyły, I dlatego pół soboty spędziłem na odkrytym basenie. A basen fajny, bo to taka obmurowana zapora na rzeczce, cały czas woda sie wlewa i wylewa. Oczywiście większość czasu spędziłemj w cieniu, na krzesełku z rozłożonymi książkami, krzyżówkami i owocami (odkryłem, że chyba jest sezon na maracuje, bo jest ich pełno i w pełni dojrzałe).

Wysłane przez a.gogolewski 17:40 Kategoria Kolumbia Komentarze (0)

Mocoa

Żegnam przyjemne San Agustin (po kilkudniowym postoju wszyscy i wszystko robi się znajowe) i ruszam dalej na południe. Tym razem po raz pierwszy bez wczesniejszej rezerwacji noclegu. Najpierw powrót do Pitolito (oczywiście colectivo, czyli tym samochodem z platformą), a z tamtąd kolejne colectivo do Mocoa. Podróż colectivo ma tę zaletę, że chcą nie chcąc trzeba się zintegrować z pozoztałymi pasażerami, jakoś tak powciskac, aby weszli wszyscy, którzy chcą jechać. Droga śliczna (góry, góry, rzeczki, zakręty, zakręty). Samochód pedził, tak że na każdym zakręcie (a ta droga to same zakręty), wciskało w innych pasażerów, a żołądek podchodził pod gardło (oj, nie była to droga dla Michasia). Dwa razy zostaliśmy zatrzymani przez posterunki policji. Pierwszym razem wszyscy mężczyźni musieli wysiąść i dać się "obmacać" + pogrzebanie między bagażami (który oczywiście jedzie na dachu). Siedziała obok mnie kobitka z małym dzieckiem (a gdzieś w głębi jej mąż) i jak dziecko usnęło, to zaproponowałem, aby połozyła jej głowę na moich kolanach (a tułów na swoich), co zrobiła. Przez samym miasteczkiem zaczęli sie dopytywać, gdzie jadę i czy mam nocleg i po chwili miałem już całą listę miejsc, gdzie szukać spania i jak tam dojść.
Hotelik dość przyjemny ( bo oprócz standardu: tv, Internet i łazienka mam dodatkowo stół i krzesło, co tak lubię) nocleg znalazłem szybko, krótkie negocjacje (to też lubię) i prysznic i w drogę. (hotel del Parque cl 8 #8 2)

W tej okolicy jest sporo wodospadów. Najbardzie znany Fin del Mundo jest stosunkowo łatwo dostępny (i powszechnie znany) to na jutro.
Najbliższy znajduje się "w pieszej" odległości (przynajmniej tak jest w opisie. Tak więc ruszyłem w drogę. Skręt z drogi głównej oznaczony, to poszedł sprawnie; potem pierwsze duże rozgałęzienie - tu zagwozdka, ale obok pracowali ludzie, to mi pokazali. Po jakiś 10 minutach (zgodnie z opisem) most, a raczej mostek (od razu widać, że trasa jest dla wytrwałych). large_20171211_most.jpgTuz za mostkiem sćieżka (według strzałki mozna dojśc w 10 min. do małych jeziorek i wodospadów), ale ścieżka chyba dla węży, zarośnieta i szeroka na jedną stopę, odpuszczam. 20171213_sciezka.jpgIdę do wodospadu Hornoyaco, gdzie mają też byc laguny do kapieli (na górze i dole wodospadu)
Potem kolejne rozgałęzienie, kolejne, pytam się kolejnych napodkanych miejscowych - jest ok, potem znowu rozgałęzienie, znowu (w opisie trasy było, aby trzymać się największej drogi. Trasa cały czas pod góre, temperatura ponad 30 stopni, zaciąga się (będzie burza). W górę , w górę (a wodospadu nie ma), w górę, w górę (chyba odpuszczę - według ostatniego pytania miało być 20 min), jeszcze trochę w górę. Z góry zjeżdża jakiś młody facet na motorku, (hola, hola), minął mnie, zjechał, ale za chwilę słyszę, że wraca i pytam dokąd tak się wspinam. Hornoyaco, o to mister, przeszedł Pan niezły kawałek, ale po złej drodze, tzreba było tam na dole skręcić w prawo. Wsiadaj na motorek, to Cię zwiozę do rozgałęzienia. Zjechaliśmy (to też atrakcja) do rozgałęzienie, no stąd to jakieś 30 min. Patrzymy na zegarek, na niebo i facet mówi że wraca do miasteczka i lepiej jak mnie zabierze, a pójde jutro rano. Tak więc skończyła sie moja pierwsza wedrówka w tej okolicy.

Na szczeście (po poczułem tę wspinaczke w nogach) rano (i w nocy) i w południe pada, niebo zaciągnięte, tak więc mozna sie zająć nicnierobieniem (no najpierw pranie, giełda i takie tam).

Mocoa to jest to miasto, gdzie na przełomie marca i kwietnia tego roku zeszła lawina błotna (najpierw deszcze, potem wylanie okolicznych trzech rzek) na nadbrzezne domy. Zgineło około 300 osób.
================================================================================
Co się odwlecze,to nie uciecze. Dzisiaj (środa) piekna pogoda (nawet za, 30+ st i prawie bez chmurek), tak więc powtórzyłem trasę do Hornoyako. Poszło prawie jak po sznurku (prawie, bo w jednym miejscu miałem wątpliwości jak iśc, niestety wspomogłem się GPSem). Ścieżka już tylko piesza, sporo błota (no padało), na szczęście w trudnych miesjcach wyłożona drewnianymi palami. Tak więc w górę, potem w dół, aby przeciąć kolejny strumyk, dwa wiszące mostki i w końcu jest.Trudno go całego zobaczyć, to mozna z dołu. large_20171213_hornoyaco.jpg Próbuję podejść jak najbliżej na górę. Zsunęłem się na jego górę, taki naturalny kamienny mostek, a potem zanurzyłem się w górnym oczku. Trzymając sie (trochę kurczowo) kamieni (wyobrażnia podpowiada, że jak się poślizgnę, to mogę dać się zrzucić w dół jakieś 20m) udało mi sie podejść pod wspaniały, naturalny bicz wodny. 20171213_masaz.jpgWoda nawet nie bardzo zimna. Po kapieli podjęłem jeszcze próbę zejścia w dół, aby zobaczyc go w całej okazałości, ale odpuściłem. Ścieżka zsuwała się po mokrych głazach (to jeszcze jakoś pokonywałem), ale jak trafiłem na "zarośla" (korzenie, gałęzie i coś na kształt lian) to niestety sie poddałem.

Jeszcze trzeba dowlec sie do miasteczka. Ale jak smakuje zimne piwo w jakies przydrożenej budzie, siedzenie na ławeczce i wolna (bo nikomu się nie śpieszy) rozmowa z właścicielami. Cała wyprawa trwała jakieś 6 godz.
=====================================================================

A dzisiaj (czwartek) do wodospadu Fin del Mundo. Trasa tak samo długa (z tym, że teraz podjechałem do punktu start), tak samo cały czas pod górę, ale tu nie było jak się zgubić. Jedna droga, dobrze oznakowana i wyłożona kłodami. Po jakiejś godz. z hakiem dochodzi sie do rzeczki i dalej już wzdłuż jej biegu. Jedno oczko20171214_masazmaly.jpg (do kapieli), drugie oczko z masażam. Po drodze jest jakaś knajpka w naturalnej orgomnej grocie. 20171214_masaz.jpgI w końcu dochodzi sie do głównego wodospad. Na początek nic nie widać. Rzeka i skalna półka. Strach podejśc do końca, zresztą jest tam lokalny przewodnik i pilnuje, aby nikt na stojąco nie podszedł do urwiska. Mozna się za to połozyć i wychylić.large_20171214_ogladaniewod.jpg Robi wraźenie. Ponad 60m. pionowej skały. Trudno robi się zdjęcia, bo wysokość swoje robi i za bardzo nie chce się wypychać aparatu nad urwisko.
Cała wyprawa (dojazd, dojście, kąpiele i posiedzenie, powrót, dojazd) znowu zajęła mi jakieś 6 godz.

Wysłane przez a.gogolewski 16:20 Kategoria Kolumbia Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 6 z 22) Strona [1] 2 3 4 »